Nigdy nie wierzył w przeznaczenie.
Czytał o nim w komiksach i książkach, ale nie mógł pogodzić się z faktem, że ktoś już za ciebie napisał, co będziesz robić w życiu, albo jak umrzesz. Michał nie godził się z taką sytuacją rzeczy. Najbardziej nie odpowiadało mu, iż jest... w pewien sposób kontrolowany, że nic nie może zmienić, albowiem przeznaczenie zawsze z tobą wygra.
W każdej sytuacji.
Dlatego nie wierzył w słowa babci, która powiedziała mu kilka dni przed swoją śmiercią: Uważaj na Czarną Wołgę. Będzie ona dla ciebie oznaczać śmierć. Szepnęła mu to do ucha, gdy razem z rodzicami powoli zbierał się do wyjścia. Spojrzał na nią jak na wariatkę staruszka miała dziewięćdziesiąt dziewięć lat (urodziny obchodziła dzień wcześniej) i miewała problemy z pamięcią. Czasami myliła swego najstarszego syna, ojca Michała, z dawno nieżyjącym mężem, Antonim. Nieraz myliła cukier z solą i od dwudziestu pięciu lat nie wyszła ze swojego mieszkania. Potrafiła godzinami spoglądać, przez okno w kuchni, na ruchliwą ulicę Szczecina i niekiedy z uśmiechem komentowała ubrania turystów podążających do Bramy Królewskiej, znajdującej się dosłownie naprzeciwko jej bloku. Skwitował jej ostrzeżenie uśmiechem i pocałunkiem w policzek.
- Będę uważał, obiecuję zapewnił ją, patrząc w te ciepłe, czekoladowe oczy. Mimo iż nie wiedział, czym w ogóle była Czarna Wołga, pożegnał się ze staruszką czule i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
Stefania Wolińska stała jeszcze w korytarzu, obserwując nieobecnym wzrokiem miejsce, w którym po raz ostatni widziała swego wnuka.
- Mój biedny chłopcze powiedziała, opierając się ciężko o pomalowaną na kremowo ścianę. Mam nadzieję, że nie będziesz cierpiał.
Stała jeszcze przez moment w ciasnym i ciemnym korytarzu, po czym westchnęła zrezygnowana i tupiąc kapciami o panele, udała się do łóżka, by przy nim uklęknąć i odmówiła Litanię do Matki Boskiej za duszę swojego jedynego, najukochańszego wnuka.
***
Czekanie doprowadzało go do szału i nic nie zdawało się pomagać. Sekundy niepostrzeżenie zamieniały się w minuty, a te przekształcały w całe godziny. Nie pomagało nerwowe zerkanie na lewy nadgarstek elektroniczna tarcza zegarka zdawała się nieubłaganie odliczać czas, którzy przeczekał i który jeszcze będzie musiał spędzić w aucie.
Pięćdziesiąt siedem sekund po dwudziestej drugiej pięćdziesiąt dziewięć.
Lewa dłoń mocniej ścisnęła kierownicę kłykcie zbielały, a on zacisnął szczękę.
Pięćdziesiąt osiem sekund po dwudziestej drugiej pięćdziesiąt dziewięć.
Spojrzał na pustą ulicę i na moment zamyślił się. Czy przypadkiem tak samo nie wyglądała ta droga, dwieście lat temu, gdy po raz pierwszy JE usłyszał? Wprawdzie nie było jeszcze kostek brukowych ani latarń, które teraz nikłym światłem oświetlały wąską drogę, wiodącą tuż obok rzędu zniszczonych przez czas (i nie tylko) klatek schodowych. Tynk odpadł jakieś dwadzieścia lat temu, ukazując nagie, betonowe ściany, które teraz wyglądały bardziej jak dzieło niespełnionego artysty niż jedna z części blokowego monstrum. Różnokolorowe graffiti przykryło niedoskonałości, lecz samo w sobie było jedną z nich.
Pięćdziesiąt dziewięć sekund po dwudziestej drugiej pięćdziesiąt dziewięć.
Przypomniał sobie stare, dobre czasy, gdy ludzie byli bogobojni, czasy, w których miał większą moc i władzę. Uśmiechnął się pod nosem, przypominając sobie miny tych wszystkich ludzi, którym rzucał pod nos cyrografy do podpisania. Na mocy mojej krwi, wyrażam zgodę... Tak, to był bardzo dobry okres. Trafiło się dużo dobrych dusz, które on skazał na wieczną katorgę i ból. Praca jak każda inna. Jasne, czekało go tu kilka nadprogramowych nieprzyjemności, ale Lucyfer nie narzekał no, może poza paroma nieprzyjemnościami. Władca Piekieł, Jedyny Pan Zła I Chaosu był zadowolony ze wszystkiego, co do tej pory zrobił.
Co prawda, dawno temu przyznał sam przed sobą, że stworzenie skrzypiec nie było aż tak dobrym pomysłem, ale można było z tym żyć w Piekle skrzypiec nie słychać, więc nie musiał zatykać tam uszu lub nosić w nich waty.
Dwudziesta trzecia.
Wyszedł.
Widział dokładnie jego twarz: młoda, chłopięca i dość ładna. Szkoda było marnować tak dobrą duszę, ale co mógł poradzić na kaprysy swojego syna? Przez całe dwa tygodnie zastanawiał się, czy popełnił jakikolwiek błąd w wychowaniu Cienia i po czternastu dniach stwierdził, że owszem, popełnił drobne błędy, choć nie aż tak straszne, by jego ukochany syn odbił mu pracę. Nie, nie pracę, duszę Lucyfer zrozumiałby, gdyby Cień chciał go zastąpić w męczeniu, dobijaniu i znajdywaniu nowych nabytków i przywożenia ich spod bramy Belzebuba, ale pomysł, żeby zawładnąć światem, był nie do pomyślenia! Wprawdzie, gdy Lucyfer był młody, a jego wiek nie osiągnął jeszcze pięciu cyfr, myślał mniej więcej tak samo jak Cień: zaatakować, podbić, męczyć.
Westchnął cicho, obserwując jak chłopak zamykał za sobą głośno skrzypiące drzwi klatki schodowej.
Kolor oczu pasował były ciemne i nieprzeniknione, takie same jak oczy Cienia (brakowało mu tylko tego psychopatycznego blasku, ale nie zawsze możesz mieć to, co chcesz, nie?). Podobnie czarne, wręcz smoliste włosy przypominały mu nieco kłaki Młodszego Władcy Piekieł. Smukła postura, długie palce i wzrost wpasowywały się wręcz idealnie i Lucyfer miał nadzieję, że tym razem trafił w samo sedno.
Cichutko szepnął jakieś niezrozumiałe słowo, po czym przekręcił kluczyk w stacyjce. Chevrolet Impala z '67 roku zapalił cicho, wydając spod maski przyjazne, wręcz kocie pomruki. Odgłosy były za ciche jak na auto z tak potężnym silnikiem, ale taki był właśnie cel zaklęcia, by za wszelką cenę pozostać niezauważonym. Ruszył za chłopakiem, kontrolując, żeby nie wiedział nawet o jego obecności.
Michał szedł szybkim, równym krokiem w stronę osiedlowego sklepu. Minął kilka pojemników na śmieci, osamotnioną budkę telefoniczną i wszedł po szarych schodach, skręcił w prawo i zniknął za masywnymi, metalowymi drzwiami. Lucyfer zatrzymał samochód przy krawężniku, dbając o to, by auto było pierwszą rzeczą jaką zobaczy, wychodzący z zakupami, chłopak. Poprawił jeszcze czarne okulary, starając się, by nikt nie zauważył koloru jego tęczówek - nie był pewny, jak ludzie zareagują, na źrenice otoczone krwistą czerwienią. Uśmiechnął się krzywo do lusterka wstecznego jego śnieżnobiałe zęby zabłysnęły groźnie w odbiciu, a Władca Piekieł zaśmiał się cicho.
- Nie ma, co, wyglądasz jak rasowy morderca mruknął sam do siebie, a jego głos rozniósł się echem we wnętrzu auta.
Tym razem czekanie było znacznie przyjemniejsze i ekscytujące, bo mężczyzna wiedział, jak przebiegnie akcja dzisiejszego wieczoru. Widział to oczyma wyobraźni Michał Woliński, lat piętnaście, najprawdopodobniej przyszłe naczynie dla jego syna (zanim zgarnie to właściwe, musi się upewnić, że Cień nie będzie miał żadnej alternatywy) wyjdzie ze sklepu, pośpiesznie zejdzie po schodach i wtedy kątem oka zobaczy jego auto. Nie, nie przystanie na moment. Zrobi to dopiero wtedy, gdy on wychyli się i ściągnie okulary, pozwalając, by zniewalający czar jego oczu przyciągnął chłopaka do Impali jak magnez opiłki żelaza.
Zgrzyt otwieranych drzwi podziałał na niego otrzeźwiająco i automatycznie spojrzał na źródło hałasu czarnowłosy wychodził ze sklepu, szybciej niż podejrzewał, niosąc w ręku siatkę z zakupami. Rozejrzał się dookoła, poprawił zamek kurtki i zaczął schodzić po schodach.
Uśmiechnął się do siebie szeroko, przeskakując na drugi fotel i szybko otwierając szybę kiedy wychylił się z auta, zobaczył przerażenie na twarzy chłopaka i uśmiechnął się przyjaźnie, jakby wcale, ale to wcale nie chciał go zabić.
- Przepraszam, Pana, bardzo, nie wie Pan, gdzie jest ulica Hrubieszowska? Zgubiłem się w tym labiryncie bloków i klatek... przyznał całkiem szczerze, bo jeszcze niecałe półtorej godziny temu klął na wszystkich świętych, a każdego archanioła wyzywał od najgorszych, manewrując między blokami, szukając tej pieprzonej klatki pięćdziesiąt osiem, którą architekt sprytnie ukrył między pocztą a garażami.
Michał rozejrzał się na wszystkie strony, po czym, upewniwszy się, czy w pobliżu nie ma żywej duszy. Na jego nieszczęście właśnie zdarzyło się tak, że w pobliżu dwustu metrów nie było nikogo.
Przypadek? Na pewno nie.
- Musi Pan pojechać do końca ulicy... zaczął płynnie, pokazując lewą ręką na zachód i widoczne z tej odległości skrzyżowanie tuż obok centrum handlowego Ster. A następnie skręci pan w prawo i... spojrzał na mężczyznę i zamarł.
Dosłownie.
Czerwone oczy wpatrywały się w niego z taką intensywnością, że Michał czuł, jakby przewiercały mu duszę na wylot. Tęczówka była krwawo czerwona, ze śladowymi plamkami koloru bordowego, ale najbardziej przerażała ich hipnotyczność. Młody Woliński nie mógł oderwać wzroku od oczy mężczyzny, a wszystko, co ich otaczało bloki, ulica, lampy oświetlające brukowano-asfaltową drogę zdawały się niknąć, pochłaniane przez ciemność.
- A teraz powiedział Lucyfer głosem, który uwiódłby każdego otworzysz tylne drzwi, wsiądziesz do auta i nie będziesz odzywał się ani słowem, zrozumiałeś? Michał w odpowiedzi kiwnął głową. Jego siatka z zakupami upadla ciężko na chodnik. Chyba wreszcie zrozumiał, o co chodziło babci.
Uważaj na Czarną Wołgę. Będzie ona dla Ciebie oznaczać śmierć.
Lucyfer, Władca Piekieł, Najpotężniejszy z Potężnych zaśmiał się cichutko, wracając na miejsce kierowcy, patrząc z nieukrywanym zadowoleniem, jak śmiertelnie blady chłopak siada na kanapie pasażera i z trzaskiem zamyka za sobą drzwi.
-To będzie baaardzo pracowita noc, mój drogi powiedział cicho, bardziej kierując te słowa do siebie, niż do mokrego ze strachu Michała. To będzie zajebiście długa noc...
***
Zaciągnął się głęboko papierosem, próbując ukoić swoje zszargane nerwy. Wydmuchał nikotynowy dym wprost na panoramę Szczecina wieża Katedry, została niedawno odnowiona i było widać na panoramie miasta jej nową wieżę, wyższą nawet od, do tej pory górującym nad metropolią, Pazimem; okrągłym, w całości pokrytym szkłem wieżowcem, w którym nie tylko znajdowało się biuro Polskiej Żeglugi Morskiej, ale który łączył w sobie kawiarnię (z niesamowitym widokiem na miasto dwudzieste drugie piętro robi swoje), hotel Radisson SAS i nie tylko.
Wziął głęboki oddech i potarł palcami skronie.
- Może jednak powinieneś wziąć aspirynę, co? Zapytała go Destiny, stając tuż obok niego, opierając się o ścianę. Jej zadbane palce uderzały w rytm muzyki dochodzącej z ustawionego na meblach radia. Lakier, którym pomalowała kilka minut temu paznokcie, odbijał pierwsze promienie wychylającego się zza chmur słońca. - Zostaw go w spokoju mruknął do niej Mark, przeglądając papiery. Rzędy czarnych liter zaczynały się dwoić i troić, więc z cichym westchnieniem odłożył je z powrotem na drewniany stół.
- To miasto działa mi na nerwy warknął Grigori, opierając dłonie o lodowaty parapet.
Des zaśmiała się dźwięcznie, odgarniając pukle czarnych, kręconych włosów.
- Gdy przyjechałam tu po raz pierwszy, przez dwa dni męczył mnie ból głowy, ale to pewnie przez tą gównianą pogodę. Tymczasem najgorsi są ludzie. Wyglądają na takich szarych i bez wyrazu, przytłoczonych codziennymi sprawami.
- To smutne... powiedziała Maria, do tej pory milcząca w swoim kąciku, otoczona przez pluszowe misie i żyrafy. Mark wstał ze swojego krzesła, potrącając przy tym torbę Grigoriego, na co w ogóle nie zwrócił uwagi, i podszedł do swojej pięcioletniej córki. Usiadł przy niej, na skrawku wzorzystego dywanu, który ni w pięć ni w dziesięć nie pasował do ciemnych paneli i potargał blond główkę Marii.
- Ale co my robimy, gdy przychodzi największe nieszczęście? Zapytał, uśmiechając się pogodnie, dotykając palcem nosa dziewczynki. Co robimy?
- Uśmiechamy się jak klaun i idziemy dalej w tan! Wyrecytowała dumnie unosząc głowę do góry, lewą ręką ściskając za zielony krawat żyrafę, a w prawej trzymając pluszowego misia jej rozmiarów, z różową kokardą na głowie.
Grigori uśmiechnął się krzywo, cofając się od okna, i jeszcze raz spojrzał na miasto, w którym było coś, co go niepokoiło - i wcale nie była to obecność Władcy Piekieł. Wiedział, że gdzieś tam jest, czuł jego obecność dość wyraźnie i miał pewność, że Lucyfer też wyczuwa jego.
Taki twój parszywy los, jeśli oddałeś duszę Diabłu. Albo, jeśli ktoś oddał mu twoją duszę, bez wcześniejszego pozwolenia.
Zamknął oczy, ale tylko na kilka sekund. Coś było nie tak.
Nagle jego wzrok zatrzymał się na białych, koronkowych firankach.
- Eureka - warknął, zasłaniając okno jednym, mocnym szarpnięciem. Może i Des wynajęła mieszkanie na dziewiątym piętrze, ale dla chcącego nic trudnego. Grigori przekonał się o tym na własnej skórze! Nadal świetnie pamiętał, jak podczas nowojorskiej akcji poszedł do łóżka z ładną i chętną panienką, tylko po to, by następnego dnia usłyszeć nagranie swojej gorącej nocy w radiu tych pieprzonych goblinów!
Nie żeby był jakimś wielkim fanem tej parszywej stacji. Po prostu raz, czy dwa przeskoczył mu odbiornik i... Zresztą nieważne. Po prostu od tamtego wypadku Rusow wolał przez trzy dni nie spać, niż trafić do pomieszczenia, w którym ktoś mógłby go podsłuchiwać, czy podglądać. I niedopilnowanie, by Severus Hotch ("Cześć przystojniaku, mów mi Cindy!") już nigdy nie mógł kopulować z żadnym, znanym goblinom, gatunkiem WCALE nie poprawiło Rusow humoru.
Rozejrzał się po mieszkaniu, szukając wzrokiem, jakichkolwiek nieprawidłowości (poukrywanych mikrofonów i tym podobnych), po czym zwrócił się do Des, nadal patrzącą na sielankową scenkę, jaką widział w najdalszym kącie mieszkania:
- Jak dużo wiemy o jego metodach? Znam skurwysyna odkąd mój ojciec-szalony-naukowiec sprzedał mu moją duszę, bym przydał się ZSRR. Ale nigdy nie podejrzewałem, że osobiście zabierze się za sprzątanie brudów swojego syna. Rozumiem dobra dusza nie jest zła, szczególnie, jeśli jej właściciel został wyhodowany w szklanym zbiorniku ale Lucyfer rzadko pojawia się na Ziemi. Szczególnie w Polsce, przecież on w tym kraju ma jedną z większych siedzib dowodzenia i na pewno nie chciałby narobić jeszcze większego bałaganu w dokumentacji, niż do tej pory wyrządziła armia jego demonów w ludzkich ciałach.
- Którą i tak ostatecznie przeniósł od Rosji przypomniał mu Mark, odstawiając plastikową filiżankę, z której sekundę temu pił wyimaginowaną kawę rozpuszczalną W Rosji więcej się dzieje, ma bardziej przyjazny klimat i mieszka w niej więcej sukinsynów niż w Polsce.
Grigori wzruszył ramionami, dając tym samym znak, że los kraju, dla którego został stworzony całkowicie go nie obchodzi, a Mark w odpowiedzi na reakcję przyjaciela uśmiechnął się krzywo, odwrócił w stronę Marii i zgodził na zabawę w doktora.
Rosjanin usiadł nonszalancko na jednym z czterech krzeseł, kompletnie niepasujących do jasnego stołu, stojącego na samym środku średnich rozmiarów pokoju. Mocno zużyte meble znajdowały się pod ścianą, naprzeciw pasa nieszczelnych okien i obdrapanych z farby kaloryferów. Wielka paprotka, która była mniej więcej wzrostu Girgoriego, stała tuż obok szarej kanapy w czarne prążki i pochylała się niebezpiecznie w stronę światła. Właściciel mieszkania sprytnie wbił w imponującą doniczkę drewniany kij, który robił za podpórkę dla rośliny, by ta przypadkiem nie upadła na telewizor, albo, co gorsza, na dywan, który wcześniej Destiny określiła jako bezcenny. Spojrzał pytająco na Des, a potem na plazmowy telewizor, który był najbardziej nie pasującym przedmiotem w tym pokoju (nie współgrał nawet bardziej do pokoju, niż archaiczne meble, mogące uchodzić raczej za dzieło pijanego stolarza, niż za przechowalnie tymczasowych dóbr ludzkich).
- To jest moje zapewniła go Des, opierając się o parapet i uśmiechając się delikatnie. Rusow spojrzał na jej nagie nogi i zadrżał. Jak zauważył wcześniej, wszystkie kaloryfery były zakręcone, a powietrze na zewnątrz było cieplejsze niż to, które obecnie wypełniało mieszkanie Destiny.
- Zaciskasz mocniej pas, co? Zapytał kpiąco, przypominając sobie poprzednie mieszkanie pracodawczyni. Pełen luksus DVD, telewizor, lodówka z internetem i ten widok z okien na Nowy Jork warto było wydać tyle kasy na mieszkanie przy Piątej Alei.
- Nie zaprzeczyła, bawiąc się sznurkiem od swojej jaskrawo niebieskiej tuniki. Wyglądała, co najmniej dziwnie, jak ktoś wyciągnięty z innej epoki, ba, świata! Kiedy zauważyłam na ulicy to urocze starsze małżeństwo, które bezskutecznie próbowało zdusić w swoich sercach ból po stracie córki, stwierdziłam: czemu nie?. To, że jestem Przeznaczeniem w ludzkiej postaci wcale nie oznacza, że nie mogę pomagać ludziom w ukojeniu emocji.
- A czy spotkanie z tobą było wyraźnie zapisane w ich Losie? Zapytał. Mark również spojrzał z ciekawością na Des. Doczekali się tylko z jej strony tajemniczego uśmiechu na czerwonych wargach.
- Możemy wrócić do sprawy? Brunetka niemalże tanecznym krokiem podeszła do stołu i zgarnęła z niego jednym ruchem plik kartek i zdjęć.
- Wiemy, że Lucyfer szuka chłopców podobnych z wyglądu do jego syna... zaczęła, zerkając na jedno z dziesięciu zdjęć, jakie miała w rękach.
- Podobnych do wyglądu mentalnego wytknął jej Ronson, odkładając zabawkowy stetoskop do Podręcznej Pierwszej Pomocy dla dzieci.
- Tak, tak kobieta niedbale machnęła ręką w jego stronę, siadając na jedynym fotelu w pomieszczeniu. Czarne włosy, ciemne oczy, długie palce, smukła sylwetka, wysoki, przynajmniej metr siedemdziesiąt osiem... zaczęła wyliczać. W ciągu dwóch tygodni zebrał dziesięć dusz, wlepił łapówkę Piotrkowi, żeby się im przyjrzał i stwierdził, czy jest w nich, chociaż ziarno nieobliczalnego zła.
- Łapówka? Ożywił się Rusow Wiesz, co mu dał?
- Słyszałam, że kolekcję jakichś książek.
- Kurwa zaklął Czyli już nie przyda mi się seria książek Diane Steel... kurwa, a kupowałem regularnie!
Destiny spojrzała na niego dziwnie i wróciła do przeglądania akt.
- Jest mało świadków, wszystkie porwania zdążały się w nocy, około godziny dwudziestej trzeciej... Wiemy tylko tyle, że jeździ czarnym Chevroletem Impalą z 1967 roku z zaklęciem uciszenia.
- Wiemy też, że jest pieprzonym sukinsynem, że jest mi winny pięćdziesiąt dolarów, ma czerwone tęczówki jak bohater jakiegoś jebanego komiksu. A, i wisi mi pięćdziesiąt dolców, może o tym kiedyś wspominałem?
- Rusow warknął nieprzyjemnie Mark, wskazując kciukiem na córkę Nie przy dzieciach. Zrobiłabyś tatusiowi kawy? Zwrócił się do Marysi, bandażującej miśkowi złamaną nogę.
- Poprosiłabym o herbatę, kochanie, okej?
- A mi, złotko, przynieś jeszcze jedną popielniczkę i wyjmij brandy z szafki przy zlewie. No co? Oburzony spojrzał na przyjaciela. Marysia jest dużym dzieckiem, wie, co to alkohol i dziwki, nie, skarbie?
Dziewczynka skwapliwie kiwnęła głową.
- Dziwki są od ruchania powiedziała, uśmiechając się jak aniołek.
- Idź, zrób tą herbatę. Des, Maria zostaje u ciebie, powiedzmy, na jakieś...trzy tygodnie Mark wstał, odprowadził wzrokiem znikającą za drzwiami kuchni córkę. A ty, pierdolona pizdo, jeśli jeszcze raz nauczysz MOJĄ córkę TAKICH słów i wbijesz jej do głowy TAKIE rzeczy, to przysięgam zrobił nieokreślony, agresywny ruch ręką w stronę Rusowa, który nieznacznie pobladł. To przysięgam, że zrobię o wiele gorsze rzeczy, niż ty temu zboczonemu goblinowi w Nowym Jorku. I na moją pieprzoną duszę, której nie mam postaram się, byś przeżył resztę swego życia w miejscu gorszym niż piekło.
Nastała grobowa cisza.
- Czy on tak zawsze, jeśli chodzi o jego córkę?
- Tak, zawsze powiedział całkowicie opanowany Rusow.
- Tak Ronson podszedł i usiadł na kanapie, łypiąc na partnera. To nie jest pierwszy raz, kiedy uczy MOJĄ córkę takich bzdur.
- I pewnie nie ostatni. A, co jej odpowiesz, przyjacielu, gdy zapyta o to, jak geje uprawiają seks?
Cisza zdawała się być bardziej niż grobowa.
Była piekielna.
Podczas trzygodzinnej narady, którą Marysia nazwała wojenną, doszli do wielu, zupełnie niepotrzebnych wniosków i do jeszcze mniej przydanych pomysłów. Siedząc w trójkę (Mark wysłał córkę do drugiego pokoju i włączył jej Króla Lwa. Nie podejrzewał jednak, że dziewczynka zna na pamięć wszystkie piosenki oraz większość dialogów) i myśląc, jakby tu przewidzieć ruchy przeciwnika, spędzali przyjemnie czas.
Mogli trochę ponarzekać, że te trzy godziny nie były owocne nie tylko skorzystali w pełni z doświadczenia Rusowa, jakie miał on spotykając w swoim życiu Lucyfera aż trzy razy (nie liczył telefonów o dziwnych porach. Dziwnym trafem nie chciał o tym rozmawiać), doszli do podobnych wniosków, jak on Niosący Światło był kawałem drania, jakiego nie można zobaczyć w żadnym filmie, ani w żadnym Urzędzie Skarbowym i, co było najgorsze, był inteligentnym kawałem drania.
Mark siedział na dywanie z porozkładanymi wokół siebie kartkami spoglądał na nie, co jakiś czas, marszcząc przy tym brwi i drapiąc się po blond czuprynie. Od czasu do czasu zmieniał położenie niektórych informacji, mamrocząc coś niezrozumiale pod nosem. Czasem wstawał, siadał, znowu wstawał, szedł od kuchni po kawę, a wracał z herbatą i tak w kółko, przez bite trzy godziny.
Grigori przyglądał mu się czasami, kątem oka i uśmiechał się pod nosem, lub rzucał jakieś uwagi pod adresem przyjaciela, na co ten ewentualnie nie reagował, bądź spławiał go machnięciem ręki. W takich momentach Rusow przypominał sobie ich pierwsze spotkanie, w Moskwie. Z wiarygodnych źródeł dowiedział się, że niejaki Mark Ronson, Brytyjczyk z malutką, niespełna siedmiomiesięczna córką i żoną w śpiączce przeniósł się do Pragi w poszukiwaniu Des. Niektóre osoby twierdziły, że jest z niego niebezpieczny gość; obrazisz mu rodzinę albo gorzej! powiesz, że jest złym ojcem, a facet już przystawia ci broń do skroni ze złośliwym uśmieszkiem. Słyszałem, że osoby bez duszy nie mają sumienia i nic je nie dręczy, gdy kogoś zabiją mówił. Chcesz się przekonać na swoim przykładzie? Identyczne zdanie wypowiedział wtedy, gdy spotkali się po raz pierwszy, w jednym z nielegalnych kasyn, gdzie zamiast pieniędzy wygrywało się magiczne talizmany, z tą jednak różnicą, iż broń bynajmniej nie była wycelowana w głowę Rosjanina, lecz w jego krocze.
- A ja słyszałem brunet nagle zbladł, a na karku poczuł nieprzyjemny chłód, gorszy od kościstych palców Śmierci że jeśli facet bez duszy zabije innego faceta bez duszy, to życie tego pierwszego spieprzy się bardziej, niż do tej pory.
W szarych oczach Brytyjczyka zobaczył płomyczek zrozumienia i to zdanie przesądziło o losie przyszłych gorących nocy dwudziestojednoletniego Grigoriego Rusowa. Ronson włożył broń z powrotem do skórzanej kabury, spojrzał na niego z nieukrywanym zaciekawieniem na podłużnej twarzy, wziął najbliższe krzesło i rozsiadł się na nim wygodnie.
- Natomiast, w jakich kolorach prezentuje się twoja opowieść chłopcze, hę?
A Rusow mu opowiedział. O ojcu-lekarzu-szalonym-doktorze-wynalazcy w jednym, o matce, której nigdy nie znał i o tym, że fizycznie nie został poczęty jak każdy normalny człowiek szklany pojemnik wypełniony jakimś dziwnym, kleistym szkaradztwem, plus ogromna szczypta magii antycznej i tej pochodzącej od licznych demonów piekielnych równa się idealny przepis na człowieka, który jest tylko pustą skorupą. Fakt, człowiek bez duszy jest nieśmiertelny, ale najpierw tą duszę musi posiadać. A ponieważ miał ojca-szaleńca wystarczył podpis własną krwią, na paru stronach cyrografu (dokładnie to na dwunastu; Grigori znalazł je w szufladzie ojczulka, miesiąc po jego śmierci od tej pory zna je na pamięć) i oto przed państwem stoi człowiek sztucznie stworzony, z duszą, ale jednocześnie bez, gdyż jest ona w posiadaniu Władcy Piekieł!
Mark słuchał z uwagą, chłonąc każde słowo swojego kompana. Jego bystre oczy wpatrywały się teraz w mężczyznę, który po raz pierwszy w swoim życiu opowiadał historię, JEGO historię bez żadnych upiększeń, opisując wszystko tak, jakim było. Pierwsze otwarcie oczu, by zaraz potem je zmrużyć oślepionym przez jaskrawe, pierwsze hausty zimnego powietrza, pierwszy dotyk ludzkiej skóry pamiętał to wszystko bardzo, bardzo dokładnie i to właśnie opowiedział Ronsonowi, ze szczegółami, o których on sam wolałby zapomnieć lub, które już dawno zapomniał, a cała opowieść wywlekła je na wierzch pamięci.
Gdy skończył, Mark uśmiechnął się smutno i poklepał Grigoriego po kościstym ramieniu.
- Moja opowieść wcale nie jest lepsza stwierdził, patrząc mu prosto w zielone oczy. Może jednak pójdziemy coś zjeść? Zapytał, wymownie wskazując palcem na jego zegarek. Dochodziła siódma rano, a brunet zaczął swoją rozmowę około trzeciej. Kiwnął głową, odgarniając przydługie włosy, zabrał swoje rzeczy, które ograniczały się tylko do marynarki oraz kurtki i razem udali się do pobliskiej knajpki z chińskim żarciem, które było bardziej rosyjskie niż nie jeden Rosjanin.
Z obsypanej śniegiem Moskwy wyrwało go ciche chrząknięcie Destiny i dziwne spojrzenie Marka, które mówiło: Weź się w garść chłopie, to tylko Lucyfer.
- Mówiliście coś? Zapytał uprzejmie, odkładając kubek z kawą na stół, koło białego talerzyka z chabrowym wzorkiem z herbatnikami i ciastkami, które Des znalazła w szafce, obok pieprzu, soli i fistaszków.
- Omawialiśmy tylko, jak paskudnie się ubierasz.
- Dzięki, Mark, skarbie, ja ciebie też kocham odpowiedział cierpko.
- Uważam, że Lucka powinniśmy dopaść przy najbliższej okazji. Bo w jego działaniach jest jakiś wzór. Zabija o tej samej godzinie dwudziestej drugiej i jeździ tym samym autem.
- Trochę przypomina mi to legendę o Czarnej Wołdze... powiedział głośno Ransom, wstając ze swojego kręgu kartek i zdjęć oraz świstków papieru, pokrytych jego pochyłym pismem. Odnajdując zdziwione spojrzenia Desitny i Grigoriego, westchnął teatralnie To miejska legenda, wedle, której po polskich ulicach jeździła mordercza Czarna Wołga. Było parę wersji w niektórych trzeba było obawiać się tylko tych aut, które mają białe zasłony, białe opony, lub biały pasek na drzwiach wytłumaczył, występując z kręgu i kierując się w stronę drzwi do pokoju gościnnego i sprawdzając, czy są zamknięte. - Co do kierowców owego auta też było wiele wersji: jeździł nią diabeł, który pytał się o godzinę, a potem mordował zapytane osoby, gdyż niby o tej porze miały umrzeć. Istniały też wersje z porywaczami dzieci, którzy upuszczali im krew dla bogatych Niemców chorych na białaczkę. Prowadziły ją jeszcze ponoć zakonnice, księża, SB-cy, wampiry, a w niektórych, ale rzadkich wersjach, sataniści.
- To nawet podobne do Lucka... zaśmiał się brunet, odsłaniając szereg białych zębów. - On uwielbia żerować na ludzkiej wyobraźni, która, jak wynika z podanego przykładu, jest niesamowicie bujna.
- To, co robimy teraz? Zapytała Destiny, zakładając nogę na nogę.
- To, co robimy najlepiej uśmiech, który zagościł na wargach Rosjanina, był drapieżny. Przeszkodzimy Lucyferowi w całej akcji. A ty w tym czasie, moja droga, wytropisz jego synalka. Nawet wiem, gdzie możemy znaleźć odpowiednią pomoc...







